R E K L A M A
Chcesz zamówić?

Stare, ale dobrze sprawdzone

Sobota, 28 stycznia|dodał: Redakcja|0

"Old Ideas" to lekcja charyzmy dla wszystkich młodziaków, ukrywających się za ścianą gitar i hałasu. Na swojej nowej płycie Cohen potrzebuje jedynie rozstrojonej gitary, żeby przez niemal godzinę hipnotyzować słuchacza swoją poezją.

Nie ma co się oszukiwać - "Old Ideas" nie jest idealnym tytułem płyty, który w najlepszym wypadku może sugerować składankę "the best of", w najgorszym zaś kojarzy się z sesyjnymi odpadami, z których starzejący się artysta chce wyciągnąć dodatkową sumkę, pozwalającą na bezawaryjną pogodną jesień. Wszyscy pamiętamy przecież tarapaty finansowe, w jakie Leonard Cohen wpadł po tym, jak jego wieloletnia menadżerka i przyjaciółka Kelley Lynch zdefraudowała pięć milionów dolarów, które artysta odłożył sobie na emeryturę.

Jednak w przypadku 77-letniego Cohena nic nie jest oczywiste. Jego najnowszy, dwunasty album studyjny nie jest wyjątkiem. Bardzo łatwo przedwcześnie postawić kreskę na "Old Ideas". Z pewnością znajdzie się paru, którzy będą mówić o Cohenie: "te same piosenki, ten sam głos, te same stare pomysły". I będą mieli rację. Pozornie. Kiedy za pierwszym razem odpala się "Old Ideas" nie ma wątpliwości. Ostatni biały bluesman wciąż zawodzi na tę samą nutę (OK – oddajmy mu sprawiedliwość – na te same trzy nuty) a melodie w każdej kolejnej piosence praktycznie niczym się od siebie nie różnią i możnaby je z pewnością dowolnie powymieniać. Znowu mamy ten sam koncept znany odkąd w wieku 33 lat, Cohen rzucił posadę najsłynniejszego kanadyjskiego poety dla kariery jednego z najbardziej rozpoznawalnych muzyków kanadyjskich (choć ostatnio po piętach depcze mu Justin Bieber) – wokal zbliżony do słuchacza za pomocą dźwiękowego odpowiednika mikroskopu elektronowego zajmuje całe niebo, jak księżyc w pełni na filmach hollywodzkich, soulowe chórki podkreślają co ważniejsze momenty, a oldskulowe organy rodem z nagrań Deep Purple cokolwiek trącą myszką. Znamy to aż za dobrze. Kończ Waść, wstydu oszczędź, chciałoby się rzec w pierwszym, bezrefleksyjnym odruchu. Ale to tylko złudzenie – jak całe nasze życie – zdaje się mówić Cohen w kolejnych kompozycjach.





Każdy, kto poświęci tej płycie więcej niż kwadrans natychmiast zorientuje się, że "Old Ideas" to nie tylko oko puszczone w stronę fanów. Tytuł "Old Ideas" w ustach Cohena nie ma nic wspólnego ze starymi, znanymi melodiami. Te nie są ważne. Bardziej chodzi o odwieczne, niezmienne prawa natury, którym każdy musi się poddać. Słychać to choćby w "Amen", w którym ze swadą Toma Waitsa i przy akompaniamencie banjo rozklekotanego niczym 30-letni trabant, Kanadyjczyk prosi o wybaczenie. Otrzepuje się perkusyjnymi miotełkami z grzechów i godzi się z losem. "Powiedz mi, że jestem czysty i trzeźwy, i że znów mnie kochasz". Podobnie zresztą jak w "Anyhow", gdzie mruczy w towarzystwie elektrycznego pianina i shakera, wybijającego rytm pijaka wracającego nad ranem do domu. "Jestem zły i zepsuty. Proszę zlituj się nade mną kochanie. Czy mogłabyś nienawidzić mnie trochę mniej?".





Jednak atmosfera rozliczenia się ze światem najbardziej wyczuwalna jest w utworze "Going Home". Cohen wciela się tutaj w rolę dobrotliwego Boga (swoją drogą, jeśli Bóg istnieje, to z pewnością ma głos Leonarda Cohena), który wystawia cenzurkę swojemu uczniowi, kończącemu właśnie doktorat z życia. "Lubię rozmawiać z Leonardem. To sportsman i pasterz, leniwy drań, żyjący w garniturze". Po chwili adresat tych słów wyznaje: "Wracam do domu, wolny od ciężaru, wracam za kurtynę, bez kostiumu, który nosiłem”. Ta piosenka najlepiej oddaje ducha "Old Ideas". Płyty, która aż prosi się o porównanie z ostatnimi albumami nagrywanymi przez Johny’ego Casha pod koniec życia do spółki z Rickiem Rubinem. Tu też czuć wagę każdego wypowiadanego słowa - ta sama surowość przekazu i minimalne aranże, kojarzące się nieodparcie z biblijnym: "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz". Zresztą, tę maksymę Cohen zdaje się też podkreślać uporczywie na planie instrumentalnym. Snujące się w tle podkłady są bardzo kruche. Tak jak w "Banjo", w którym w oddali rozbrzmiewa nowoorleańska kapela pogrzebowa, w "Lulaby" z zabawną tęskną harmonijką i plastikową perkusją a la Casiotone rodem z nagrań Gorillaz albo w "Crazy to Love You", gdzie Cohenowi towarzyszy gitarka rozstrojona, jak dobry stary Defil. Słuchając tego numeru uzmysłowiłem sobie, jak mało dynamiczna i równiutka jest większość dzisiejszej muzyki.





Mówi do mnie blisko 80-letni facet, akompaniujący sobie na dosłownie dwóch strunach, a ciekawi mnie on i porusza bardziej niż którakolwiek nowa kapela, mająca miliard lajków na fejsie. "Old Ideas", mimo wyraźnego rysu eschatologicznego (w "Darkness" na tle kozackiego bitu rodem z filmów Roberta Rodrigueza, Cohen przyznaje bez ogródek: "Jestem człowiekiem bez przyszłości, zostało mi kilka dni"), nie jest jednak propozycją dla ludzi czekających na śmierć. Wręcz przeciwnie - bije z tej płyty afirmacja życia, spokój istoty znającej swoje miejsce we wszechświecie, co nie powinno dziwić wszak. Cohen znany jest jako praktykujący od lat buddysta. Jeśli to miałaby być jego ostatnia płyta po tej stronie lustra, to jest to najlepsza płyta jaką mógł nagrać, choć wszelkie znaki na ziemi i niebie, mówią że staruszkowi w kapeluszu jeszcze nie raz będzie dane zaśpiewać "Hallelujah" o zachodzie słońca, tak jak uczynił to na festiwalu w Glastonbury w 2008 roku. Wszyscy zachwycają się witalnością weteranów z The Rolling Stones, ale to Cohen spędził ostatnie cztery lata na walizkach, dając grubo ponad 200 koncertów na całym świecie.

tekst: Marcin Staniszewski

>>>Albumu w całości posłuchacie pod tym adresem

Zobacz także

Reklama - Chcesz zamówić?
Reklama - Chcesz zamówić?