Rok 2000 w muzyce pop. Celine
Dion dojrzewa do tego, by dobrowolnie zamknąć się w Las Vegas, Whitney
Houston powinna być zamknięta
na odwyku, Madonna schodzi ze szczytu, Mariah Carey z niego z hukiem spada. Błyszczy
- dosłownie i w przenośni - J. Lo, a rządzą dwie nastolatki - Britney Spears i
Christina Aguilera. Lolitki z Klubu Myszki Miki, porządnie wyszkolone
technicznie, sprawne. Raczej seksualne niż seksowne, bez wątpienia przebojowe,
ale też artystycznie nijakie i zupełnie pozbawione osobowości. Przez takie
produkcje szlachetny pop przestaje właściwie istnieć. Nic dziwnego, że branża łapie
oddech, ekscytując się walką Metalliki z Napsterem. Kto nie słucha ‘NSYNC, jest
pewnie fanem rap-metalu. Generalnie - Ameryka daje światu muzyczne zło.
I nagle - też z Ameryki - coś
zupełnie innego. Śliczna, naturalna, bezpretensjonalna dziewczyna. Teledysk bez
choreografii, nadętych efektów specjalnych, kilogramów pudru i sztabu stylistów
w tle. Piosenka z przebojową kompozycją, a nie produkcją. Do tego wcale niegłupia,
w końcu to oda do wolności autorki i wykonawczyni utworu. Ta budząca sympatię
postać o oryginalnej południowej urodzie, z grzecznie upiętymi włosami i w dżinsach,
śpiewająca w roku 2000 "I’m Like a Bird”, dziś jest jedną z najważniejszych
rozgrywających w muzyce pop. Nazywa się Nelly Furtado i to właściwie jedyne, co
pozostało niezmienione. Przeszła totalną metamorfozę w imię jeszcze bardziej
totalnego sukcesu.
Więcej w Machinie… |