Rihanna
 

Nowojorczyk Evan Rogers często bawi na Barbadosie. Nie tylko dlatego, że wyspa uchodzi za raj na Ziemi – to w końcu Karaiby, więc pięknie – ale też po to, by odwiedzić teściów. Sześć lat temu, podczas jednej z kolejnych wizyt państwa Rogersow w krainie kokosowym mlekiem płynącej, jeden z przyjaciół uparł się kogoś im przedstawić. Trzy szesnastoletnie smarkule czekały w hotelowym lobby i tam, bez zbędnych ceregieli, zaprezentowały swoje wokalne umiejętności. Amerykanin był pod wrażeniem, ale tylko jednej z nich, niejakiej Robyn Rihanny Fenty. „Kiedy ją zobaczyłem, dwie pozostałe dziewczyny przestały istnieć” – przyznał potem. A znał się na rzeczy, bo współtworzy spółkę producencką, kto firmowała hity między innymi Christiny Aguilery i Kelly Clarkson. Wiedział, że znalazł na  Karaibach diament. Wziął na siebie rolę jubilera, który oszlifuje go i sprzeda.

DOBRY WUJEK JAY

Za dnia Rihanna wciąż była zwykłą dziewuchą z sąsiedztwa, która w amatorskim girlsbandzie śni o karierze, a po godzinach (w weekendy i wakacje) lata do Nowego Jorku, gdzie z Rogersem i jego wspólnikiem, Carlem Sturkenem, pracowała nad demówką. W końcu uzbierali tuzin numerów i postanowili się nimi pochwalić Jayowi Trzymajacemu Władzę. Mowa oczywiście o Shawnie „Jayu-Z” Carterze, gwieździe rapu i zmyślnym przedsiębiorcy, a w tamtym czasie szefie wytworni Def Jam. Powiedzieć, że kariera dziewczyny nabrała tempa, to skłamać. To nie było przyspieszenie, tylko wielki wybuch. „W poniedziałek wróciłam z Nowego Jorku na Barbados. Demo zostało wysłane w środę, a w czwartek Def Jam zaprosiła producentów i mnie na spotkanie. Wybierałam się do Stanów w lutym, w czasie ferii, ale ludzie z Def Jam powiedzieli, że nie powinnam czekać. Wtedy wiedziałam, że to poważna sprawa” – wspominała. Jay-Z i dwóch łowcowi talentów z jego wytworni, ktoś z marketingu Def Jam, producenci Rihanny, jej menedżer i prawnik. Osiem osób. Nastolatka nigdy wcześniej nie występowała przed taką publicznością, ale, jak później opowiadała, rozparty na kanapie Jay robił za wyluzowanego dobrego wujka i starał się, by poczuła się bezpiecznie i komfortowo. Co nie było proste. „Pociłam się jak mysz i myślałam, że wszyscy to widzą. Bałam się, że makijaż ze mnie spłynie, w gardle mi zaschło. I jeszcze musiałam udawać, że taka sytuacja to dla mnie normalka” – relacjonowała później swój recital. Zaśpiewała dwie piosenki przygotowane przez jej opiekunów („Pon de Replay” i „The Last Time”) oraz „For the Love of You” Whitney Houston. „Nie było muzyki. Tylko ja”. Kiedy wybiła północ, Kopciuszek nie uciekł w kierunku karocy z dyni, bo Jay-Z zamknął drzwi na klucz i powiedział, że nikt nie wyjdzie, dopóki kontrakt nie zostanie podpisany. Negocjacje trwały do trzeciej nad ranem. Jej debiutancki album, „Music of the Sun”, ukazał się kilka miesięcy później.

Więcej w Machinie...