TRUDNO MNIE ZROZUMIEĆ.
Wywiad z Krystyną Jandą. Tegoroczną Syrenką Warszawską magazynu „Machina”.
Wyboru dokonali czytelnicy Machiny i internauci.
Niech mi Pani powie, dlaczego to ja zostałam Syrenką. Boże kochany, po co mi być Syrenką?
Może będzie Pani doskonalsza?
Krzysiek Materna zawsze mi powtarza: „Jesteś zakałą wszystkich plebiscytów”.
Nie chce Pani być Syrenką?
No dobrze, chcę, już trudno. To miłe, tylko takie jakieś…
Od czapy?
Nie, ale Marianną Francuską była Catherine Deneuve czy Brigitte Bardot, takie te różne, wie pani, piękne kobiety.
Pani nie jest piękną kobietą?
Nie. W ogóle.
Bo?
Każda kobieta tak o sobie myśli, oprócz tych kilku, które się sobie podobają i to wyraźnie widać. Ja więc dziękuję bardzo. Myślę, więc jestem, rozumie pani. Zawsze najpierw lepiej pomyśleć. A potem zwątpić.
Czyli jeśli ktoś mówi, że ładnie pani wygląda, to pani myśli, że jest miły albo ma do pani jakiś interes?
Ale mnie nikt od dawna nie powiedział, że ładnie wyglądam! Nie pamiętam takich spostrzeżeń. Ludzie mówią mi tylko: „Boże, jaka ty jesteś zmęczona, jak to widać!”, więc ja myślę wtedy, że muszę wyglądać naprawdę beznadziejnie.
Dziś ładnie pani wygląda.
Ale ja wczoraj wróciłam z nart. To dlatego. Wypoczęłam jak nigdy. Przez dwa lata nie miałam urlopu, a teraz przez dwa tygodnie byłam na wakacjach.
Co panią fascynuje w nartach?
Nic absolutnie. Tylko dzieci je lubią, moje wnuki. Więc ja muszę przypiąć narty i jeździć razem z nimi. Sprawia mi to przyjemność od czasu do czasu, ale bez przesady, wolałabym leżeć na słońcu i czytać.
Chciało się pani wracać do Warszawy?
Nawet tak. Tak, tak. Za dużo mam tu teraz spraw. Chciało mi się wracać, bo mam poczucie obowiązku, a poza tym to, co robię, jest dla mnie przyjemnością. W jakimś sensie może męczącą, ale należę do tego grona szczęśliwych ludzi, którzy robią zawodowo to, co lubią. Tak naprawdę moje życie to realizacja moich idei. I samorealizacja też. Uważam, że praca jest ciekawsza niż zabawa. Dzisiaj w wiadomościach usłyszałam, że pewna para wygrała jakieś straszne pieniądze i oświadczyła, że już do końca życia nie będzie pracować. Pierwsza moja myśl brzmiała: „Boże, jakie to straszne! Co za koszmar!”. Gdybym miała dużo pieniędzy, zorganizowałabym kilka naprawdę dobrych domów dziecka. Bo problemy dzieci są wciąż moją największą słabością. Może niekoniecznie to ja powinnam zajmować się dziećmi, bo się do tego całkowicie nie nadaję, ale zorganizował abym wszystko tak, żeby miały naprawdę dobrze. Czyli i tak bym pracowała. Co pani najbardziej pozwala żyć? Tylko praca jest warunkiem pani świadomego istnienia?
Tak, ale w moim wypadku określenie „praca” jest w jakimś sensie fałszywe. Realizuję po prostu pomysły, które przychodzą mi do głowy i nazywam je pracą.
Więcej w najnowszej Machinie …
|