Kayah i cztery smyczki
 

Z ROYAL QUARTET rozmawia: KAYAH

Spotkaliśmy się ponad rok temu na jeden wspólny koncert. Dziś mamy w ręku wspólną płytę, która ma szansę pokazać Polskę jako kraj nie tylko utalentowanych, ale i odważnych artystów
Bez kompleksów, którzy eksperymentują za światem popkultury. Umawiamy się przy winie, by bez poczucia winy snuć wywody na temat muzyki i tego, co wspólnie zrobiliśmy.

Trudno jest poskromić ego i poświęcić je dla grania w jednym szeregu?
Czasem tak, bo każdy z nas jest indywidualnością i ma przekonanie do własnych racji. Jednak granie w kwartecie to nie jest stanie w jednym szeregu.
Dla laika tak to właśnie wygląda.
Każdy pełni inną funkcję i ma dzięki temu pełne pole do popisu. Kwartet to siła czterech osobowości zaprzęgnięta do osiągnięcia jednego celu – wspólnej wizji artystycznej. Trochę jak na konklawe, dyskutuje się dotąd, aż wszyscy będą za.
Stąd ten siwy dym? Teraz rozumiem. A jak klaruje się rola pierwszych skrzypiec w kwartecie? To kwestia talentu, dominującej natury czy talentu do dominującej natury?
Pierwszy skrzypek ma złożoną rolę w zespole. Jego gra musi sprawiać wrażenie jedynej prawdy, nawet jeśli koncepcja wykonawcza rodzi się w głowach wszystkich członków. Na koncertach musi brylować i błyszczeć. Z kwartetem jest trochę jak z butelką Bordeaux: wiolonczela to butelka – trzyma wszystkich razem, drugie skrzypce i altówka to wino – esencja trunku, natomiast pierwsze skrzypce to etykietka – musi przekonać najwybredniejszego znawcę.
Biorę całą skrzynkę! Każdy z nas ma różne artystyczne marzenia w dzieciństwie, które później życie boleśnie weryfikuje. Kiedy pojawia się myśl, że w przyszłości będzie się zawodowym muzykiem?
 Pewnie każdy z nas ma na to pytanie inną odpowiedź. Ale chyba wszyscy się zgadzamy, że poważnie o zawodowym graniu zaczyna się myśleć, podejmując decyzję o studiach. Cięż- ko sobie wyobrazić, że ktoś brnąłby tak daleko dla zabawy czy kaprysu. Choć zdarza się i tak, że absolwenci uczelni muzycznych znajdują potem inne powołanie.
Ile wyrzeczeń kosztuje ten kunszt?
W świecie muzyki klasycznej każda kariera okupiona jest godzinami tytanicznej pracy. Pracujemy ciężko od dziecka, ale to cecha wspólna wszystkich muzyków. A wyrzeczenia? Czasem trzeba z czegoś zrezygnować – nasi chłopcy nie umieją więc grać w piłkę, a my nie robimy sweterków na szydełku i nie haftujemy.
Czy te wyrzeczenia się opłacają?
Zdecydowanie tak! Nie widziałaś naszych rezydencji w Monaco?
Niestety nie, ale widziałam za to wasze recenzje z całego świata. To musi być miłe, być chwalonym przez wielkie autorytety. Kiedy się zdobywa taką renomę, znika stres przed występem? Co z tremą? Czy po latach i wielu ważnych występach można nad nią zapanować?
To możliwe, ale nie takie proste. Każdy z muzyków ma swoje demony i własne sposoby na ich okiełznanie. Na szczęście po latach występowania uczymy się nad nimi panować na tyle, żeby nie wpływały negatywnie na jakość grania. Trema sama w sobie nie jest zła. Trzeba ją tylko poskromić.
Co jest trudniejsze? Grać dla pięciu osób czy pięciu tysięcy ludzi?
Sala wypełniona po brzegi mobilizuje i cieszy, ale to nie znaczy, że koncert dla pięciu osób jest mniej istotny i mniej stresujący. Każdy słuchacz jest ważny – przyszedł na koncert, kupił bilet, chce nas podziwiać. Za każdym razem dajemy z siebie wszystko. Ciężko gra się wtedy, kiedy publiczność nie jest skupiona, niezależnie od tego, czy liczy pięć, czy pięć tysięcy osób.
Byłam na waszym koncercie podczas zeszłorocznej Kwartesencji. Panowała taka dyscyplina wśród widowni, że bałam się przełknąć ślinę, żeby nie zakłócić tej atmosfery. Co uważacie za wasz największy sukces?
No to może w punktach: od dwunastu lat gramy razem i jeszcze się nie pozagryzaliśmy, możemy utrzymać się z grania wyłącznie w kwartecie, choć jeszcze dziesięć lat temu wydawało się to mrzonką, od sześciu lat organizujemy swój własny festiwal Kwartesencja, z którego jesteśmy bardzo dumni.
Skąd pomysł na Kwartesencję i mój w niej udział?
Z głowy! Chcieliśmy stworzyć imprezę muzyczną, która da nam wolność wyboru, będzie polem artystycznych poszukiwań i crossoverowych eksperymentów. Twój udział w niej był naszym marzeniem. Chcieliśmy wystąpić z artystką popową, a ty jesteś wyjątkową przedstawicielką tego nurtu w Polsce. Wybór był dla nas oczywisty. Rzadko bywamy tak zgodni. Spodziewaliście się kontynuacji tego projektu?
Wierzyliśmy, że wspólny projekt spodoba się nie tylko publiczności, ale przede wszystkim tobie. Że będziesz chciała poświęcić mu swój czas. Nie do końca wiedzieliśmy, jak ułoży się nasza współpraca, ale już pierwsze próby pokazały, że świetnie się rozumiemy, a sukces premierowego koncertu był sygnałem, że projekt ten powinien mieć kontynuację.                     

Więcej w najnowszej Machinie …