Bob Marley wielkim muzykiem był.
Był też kochankiem miss świata i całego mnóstwa innych kobiet Babilonu, ojcem co najmniej 11 dzieci oraz mężem „Swojej Królowej” – Rity i kobiety Babilonu.
Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. W tamtym czasie Alfarita Constantina Anderson miała osiemnaście lat i była panną z dzieckiem, mieszkającą z ciotka w Trenchtown, slumsach stolicy Jamajki, Kingston. Robert Nesta Marley, dla przyjaciół Robbie, pracował jako spawacz i usiłował zrobić karierę muzyczną z zespołem The Wailing Wailers. Rita też chciała śpiewać, pojawiała się więc w Studio One, którego właścicielem był legendarny producent, Coxsone Dodd. „W każdym kącie powstawały piosenki – wspomina Rita. – Coxsone pożyczał swoja gitarę tym, których nie było stać na kupno własnej. Najczęściej miał ją Bob”. Tak właśnie się poznali – nagrywając piosenki. Ale to nie reggae sprawiło, że zaczęło między nimi iskrzyć. Alfarita po prostu spojrzała na Robbiego i pomyślałą, że jest całkiem przystojny. Miał jaśniejszą skórę od niej; jego ojciec był biały, matka czarna. Taki miły chłopiec obudził w niej siostrzane uczucia; nazywała go „biedactwem”. Spędzała w Studio One długie godziny na próbach i nagraniach, ale z powodzeniem ukrywała, że ma kilkumiesięczne dziecko. Panna z dzieckiem – nie było się czym chwalić. Aż któregoś dnia, dokładnie w środku nagrywania piosenki, Bob zauważył na jej bluzce mokre plamy od przeciekającego z piersi pokarmu. I wtedy zaczęło się miedzy nimi coś naprawdę poważnego. Marley zaczął wypytywać: czy ma dziecko, dlaczego nikomu nic nie mówiła, jak może tak długo zostawiać je bez jedzenia?
Chciał wiedzieć, gdzie jest jego ojciec, czy mógłby je zobaczyć, i wreszcie – chłopiec czy dziewczynka?
Więcej w najnowszej Machinie …
|