„W ZAMIESZANIU WOKÓŁ „11 PIOSENEK” NAJPRZYJEMNIEJSZE JEST TO, ŻE JUŻ NIE MUSZĘ ODPOWIADAĆ NA PYTANIE, KIEDY WYDAMY PŁYTĘ” – MÓWI ANIA DZIEWIT, WOKALISTKA ZESPOŁU ANDY, KTÓRY DEBIUTUJE PŁYTĄ PO OŚMIU LATACH KARIERY.
Pojawiły się na scenie w tym samym czasie co Cool Kids Of Death. W stolicy były nie mniej popularne niż Pustki. Przetrwały falę kobiecych niezależnych zespołów oraz modę na indierocka, zagrały na głównych festiwalach w Polsce, ale też w Chinach i Gruzji. Wreszcie na wiosnę tego roku zdecydowały się wybrać jedenaście piosenek (z ponad dwudziestu, które powstały przez ten czas) i profesjonalnie zarejestrować je w studiu. Kontrakt na album podpisały z Universalem, nakręciły teledysk (m. in. z udziałem Rafała Bryndala, Bartka Topy) do singla „Nic z tego nie będzie”, który już grany jest w wielu rozgłośniach, i ruszyły w miesięczna trasę promocyjna razem z grupą T.Love. „Dopiero teraz wszystko tak naprawdę się rozkręca. Może być z tego coś wielkiego albo zupełnie nic się nie udać – mówi Dziewit. – Ale my jesteśmy jak te karaluchy, których nie pokona zagłada atomowa”. Właściwie od początku ten zespół nie miał szans na przetrwanie na polskiej scenie – co najwyżej mógł się stać miejską legendą i niespełnioną młodą nadzieją. Założyły go cztery młode dziewczyny z czterech rożnych miast, które spotkały się w Krakowie i nie bardzo potrafiły grać na instrumentach. Ich piosenki były zbyt przebojowe na underground, a o sukcesie komercyjnym nie mogły nawet pomarzyć. Jednak za sprawą świetnych dziewczęcych tekstów Dziewit i Krawczyk oraz muzycznych inspiracji: The Smiths, Ride, Lush, My Bloody Valentine, nie brakowało wiernych fanów wywodzących się ze środowisk literackich czy spośród słuchaczy brytyjskiego rocka. Przez moment nawet łączono Andy z innymi kobiecymi formacjami: Los Trabantos, Mass Kotki czy Parę Słów. Wciąż jednak był to jedyny w swoim rodzaju zespół w Polsce, którego może nikt nie miał odwagi promować, ale na podstawie jednej demówki i kilku dobrych opinii wywalczyły sobie zaproszenia na występy na międzynarodowym Modern Music Festiwal w Kantonie, na „Terra Polska” w Berlinie czy też Festiwalu Kultury Polskiej w Budapeszcie. Najważniejsze, że od tego czasu muzyka i większość piosenek w ogóle się nie postarzały. Wprost przeciwnie, na krążku „11 piosenek” wreszcie zabrzmiały jak trzeba. „Ciężko powiedzieć, żebyśmy miały wcześniej jakieś brzmienie. Z reguły zależało ono od sprzętu, jaki pożyczałyśmy na koncert, czyli to była totalna siara – mówi Dziewit. – Na producenta wybrałyśmy Mariusza Szypurę (Happy Pills, Silver Rocket), bo potrafi robić jednocześnie rzeczy alternatywne i popowe. Znalazł dla nas ten złoty środek, a przy okazji nie narzucał za bardzo swojej wizji, jak to z reguły bywa przy debiutantach”. Efekt tej współpracy dobrze słychać w piosence „Fajki i alkohol”– z tekstem Pawła Dunina Wasowicza, w singlowym „Nic z tego nie będzie” czy „Funeral Blues”– z eleganckimi aranżacjami sekcji instrumentów smyczkowych. Nie zabrakło również nawiązań do współczesnych trendów na scenie indierockowej w „Mnie już nigdy” czy „Szczęśliwego Nowego Roku”, ale jak podkreśla Dziewit: „W przeciwieństwie do wielu młodych artystów nie jesteśmy zapatrzone w obecną falę zespołów rockowych. Wciąż wolimy brytyjskie granie gitarowe z lat 80. i 90., które jest zdecydowanie prostsze i bardziej tradycyjne”. W ten sposób zespół Andy oficjalnie podsumowuje pierwszy młodzieńczy etap działalności, a jego członkinie już myślą o nowych piosenkach i kolejnym albumie. „Kiedy zaczynałyśmy grac, miałam dopiero dwadzieścia lat, a nasza perkusistka szesnaście – kontynuuje Dziewit. – Dzisiaj nie jesteśmy już dziewczynami, a kobietami. Mamy dużo innych obowiązków poza muzyka, zmieniła się nasza percepcja świata i to na pewno znajdzie odbicie w twórczości”.