R E K L A M A
Chcesz zamówić?

e-wydanie machina.pl

machina 86/2011

Podwójne życie Liroya

Sobota, 19 listopada|dodał: |0

LIROY W LIPCU SKOŃCZYŁ CZTERDZIESTKĘ. NA URODZINY DO TRÓJMIASTA, GDZIE MIESZKA OD 20 LAT, PRZYJECHAŁO MNÓSTWO GOŚCI. WŚRÓD NICH JANUSZ PALIKOT, KTÓRY WRĘCZYŁ SCYZORYKOWI Z KIELC SIEKIERĘ. „SCYZORYK JUŻ NIE WYSTARCZY. MUSISZ WALCZYĆ SIEKIERĄ”, RADZIŁ JUBILATOWI. LIROY WALCZY: W GRUDNIU WYDAJE NOWĄ PŁYTĘ, A W MAJU KOLEJNĄ, GRA KONCERTY I WSPIERA ORGANIZACJĘ WOLNE KONOPIE, KTÓRA MA SWOICH POSŁÓW W SEJMIE. MÓWI, ŻE NIE WIE, CZYM JEST KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO. EKIPA „MACHINY” POJECHAŁA DO GDYNI, ABY ZŁOŻYĆ URODZINOWE ŻYCZENIA I PODPATRZEĆ ŻYCIE IKONY LAT 90. KIM JEST DZISIAJ LIROY?

Liroy (rocznik 1971) jest rówieśnikiem 2Paca. Jednak gdy 2pac nagrywał pierwsze płyty, Piotr Marzec był jeszcze zwykłym przemytnikiem magnetowidów. Tak zarabiał na na sprzęt muzyczny. W latach 80. robiło się różne interesy. Miał kolegów cinkciarzy, trzymali rękę na pulsie: zawsze wiedział, kiedy słabnie rubel, umiał dobrze liczyć dolary. To przydało się w 1995 roku. Wtedy z gościa, który ciułał na zapiekankę z surówką stał się milionerem. Debiutancka płyta „Alboom” sprzedała się w nakładzie pół miliona egzemplarzy. Na konto 24-latka wpłynęło milion dolarów. Wtedy to była fortuna, którą trudno sobie wyobrazić. Milion złotych nie było cool. Milion dolarów było cool.

Płyta „Alboom” wstrząsnęła polskim rynkiem muzycznym. Wcześniej mało kto słyszał u nas o rapie. Media zaczęły puszczać singiel „Scyzoryk”: ostry, pełen naturalizmu, z refrenem „a jeśli w to nie wierzysz, to wypierdalaj!” (w radiu puszczano wersję ocenzurowaną). Na kasecie (była też wersja CD) umieszczono informację, że teksty są wulgarne. Nauczyciele i księża apelowali do rodziców: uważajcie na zdemoralizowaną muzykę Liroya. Było już jednak za późno. Ich dzieciaki zachwyciły się Scyzorykiem z Kielc.

Słyszeli w jego muzyce powiew świeżości z Zachodu: podkłady muzyczne brzmiały jak Cypress Hill (lub nimi były). Polskie teksty, opisywały polskie realia tamtych lat, a przy tym brzmiały jak nawijka z murzyńskiego getta. Liroy rapował o nadziejach i obawach Polaków. Poruszał tematy niechcianych ciąż, antykoncepcji, ubóstwa, alkoholizmu i narkotyków. Łamał tabu. Używał języka, który razi do dziś: „ej ty kurwa, ty, kurwa mać. Posłuchaj chuju jeden, co mówi nasza brać!”. Szokował. Jego głos był rozpoznawalny wszędzie. Został jedną z ikon polskich lat 90. Niecenzuralne teksty poszerzyły granice tego, co dozwolone w muzyce.

W 1995 roku Liroy odebrał dwie statuetki Fryderyka: za album roku w muzyce alternatywnej i w muzyce tanecznej. Co to jest hip-hop? Nikt za bardzo nie kumał. Liroy wiedzial to już w 1984 roku. Słuchał wtedy Beastie Boys i Public Enemy. Po osiedlu Sady w Kielcach, gdzie się wychowywał, chodził z boom-boxem na ramieniu. Razem z kumplami chcieli być jak nowojorski Bronx i Brooklyn. Tańczyli breakdance. Słuchali rapu. Kasety przywozili z zagranicy. Oryginały posiadali nieliczni. Się przegrywało. Liroy wykazał się sprytem: do przegrywanych kaset znanych zespołów, zaczął dogrywać swoje własne utwory. Pierwsze kawałki nagrywał jako P.M. Cool Lee, głównie po angielsku-amerykańsku; wielu słuchaczom wydawało się, że P.M Cool Lee to jakaś amerykańska gwiazda. W 1990 roku wyjechał do Francji na zarobek. Poznał tamtejsze środowisko hiphopowe. Pod wieżą Eiffla trwał szał na rap, freestyle, breakdance i graffiti. Po powrocie do Polski, P.M. Cool Lee wydał album „East on da Mic”. Trudno być prorokiem we własnym kraju. Mało kto go rozumiał. Słuchała go garstka. Był zawiedziony. Dopiero kilka lat później, kiedy zaczął rapować po polsku, przyciągnął uwagę publiczności oraz mediów.

NIE DLA DZIECI

Dobra passa trwała do 2000 roku. Przez pięć lat każda jego płyta stawała się złotą. Nagrał piosenkę z Grzegorzem Markowskim, a nawet muzykę na potrzeby spektaklu Teatru Telewizji. Jego kawałek „Mano a mano” przed każdą walką puszczał Przemysław Saleta. W 1999 roku sprzedał 200 tys. płyt „Dnia Szakala”. Dostał platynową płytę i Fryderyka w nowej kategorii: najlepszy album rap i hip-hop. Jednak na początku XXI wieku Liroy zaczął tracić na popularności. Na jego płytach pojawiały się znane nazwiska: Kayah, Mietek Szcześniak, Mika Urbaniak. Nagrał numer z Ice T. Bity robił mu Dj Tomekk. Ale rzesze młodzieży odwróciły się od niego. W myśl hasła: nie ufaj nikomu po trzydziestce.

W 2001 roku przyszedł czas Paktofoniki. Nowa fala hip-hopu: Warszafski Deszcz, Zip-Skład, WWO i inni – nie zaakceptowali Liroya jako swojego. Żaden z czołowych raperów, oprócz Borixona, nie nagrał z Liroyem kawałka. Może byli zazdrośni, a może wydawało im się, że Liroy to już popłuczyny i obciach. Jego kolejne płyty były wydarzeniem tylko w coraz węższym kręgu fanów. Płyta z 2007 roku zatytułowana hucznie „Grandpaparapa. Powrót Króla” przeszła bez echa. Liroy zapowiedział wydanie nowej płyty na maj 2012 roku. Zdradził już tytuł: „Nie dla dzieci”; tłumaczy, że nie nagrywa dla gówniarzy. Celuje w gusta swoich rówieśników. Dlatego na płycie ma być wiele gitar i nawiązań do klasyki. Jeżeli współczesne trendy wyznaczają dwudziestolatki, to Liroy jest absolutnie mało trendy.

SZTUKA I BIZNES

Z Liroyem spotykam się w Gdyni. W Selekta Studio na ulicy Krętej. Jest zajęty. Dopracowuje kawałki, które trafią na płytę. Pali grube jointy, z małą ilością tytoniu. „Silver haze, najlepsza odmiana ziółka”, komentuje przy piątym machu. W czasie ostatniej kampanii wyborczej nagrał teledysk propagujący legalizację marihuany. Na końcu teledysku pojawia się sam Janusz Palikot, który... grabi trawnik. Liroy popiera Ruch Palikota, przede wszystkim dlatego, że popiera on legalizację marihuany. A to dla Liroya priorytetowa sprawa. W wywiadzie dla „Newsweeka” przyznał: „Pluję na każdy rząd, który wsadza do więzienia ludzi za posiadanieśladowych ilości marihuany”. „Machinie” mówi, że nie chodzi mu tylko o depenalizację. Chciałby w Polsce pełnej legalizacji marihuany, a najlepiej coffe-shopów, takichjak w Holandii. Ma również nadzieję, że w przeciągu roku w Polsce zostanie dopuszczona do użytku marihuana medyczna.

Według niego trudno przecenić zalety trawki. Jest dobra na wszystko. Praktycznie nie ma wad. Cieszy go, że dzięki sukcesowi Palikota, w Polsce zaczęto mówić o tym głośno. Uważa, że elektorat Ruchu to w połowie zwolennicy Wolnych Konopi. Politolodzy nie wykluczają, że ma rację. Jako dziecko biegał po polu konopi swojej babci, która hodowała setki krzaków na Kielecczyźnie. To były konopie przemysłowe, raczej nie do palenia. Ale zapach był bardzo podobny do konopi indyjskich. Gdy weszła ustawa antynarkotykowa, babcia musiała przerzucić się na tytoń. „Legalny tytoń to przecież gorsze ścierwo niż nielegalna marihuana”, irytuje się. Gdy dopala swojego jointa wpada na dobry pomysł: „rolnicy powinni hodować hektary konopi, wtedy Polska byłaby bogata”.

SMUTNE PORNO

Liroy nosi białe, sportowe buty, szerokie dżinsy z zawiniętymi nogawkami i kurtkę z elementami kolorów moro. Gustuje również w ciężkich czarnych butach i dużych bluzach z kapturem. Tomasz Jacyków nie miałby wątpliwości: styl lat 90; na polskiego gangsta. Raper nie wygląda ani glamour, ani jak hipster. Sam o sobie mówi: „nie jestem jakimś pokręconym artystą, który szuka natchnienia”. Uważa się za twardego faceta, który wie czego chce.

Jego środowisko również nie wygląda na dekadencką bohemę: po Trójmieście jeździmy ekskluzywnym Hummerem jego kumpla. Jemy steki w drogich restauracjach na starówce w Gdańsku. Nikt nie mnoży dylematów egzystencjalnych. W głośniku leci stary hit Liroya z 2001 roku: „Jebać mi się chcę!”. „To dobry kawałek. Napisałem go podczas clubbingu w Trójmieście. Było tak: stałem na didżejce, kręciłem lolo, piłem driny i obserwowałem cały parkiet. Atmosfera klubu o dwunastej w nocy jest aż gęsta od seksu. Każdy myśli tylko o jebaniu. Tej nocy jak na dłoni widziałem cały ten rytuał. Postanowiłem tym kawałkiem oddać klimat klubów. Wiem, że tekst jest ostry, naturalistyczny, może nawet prymitywny. Ale historie w nim zawarte są do bólu prawdziwe. W burdelu nie cytuje się Goethego!”, tłumaczy. W głośniku słychać: „Jebać mi się chce godzinami. Jebać mi się chce też nocami. Jebać mi się chce całymi dniami”. Kiwamy głową.

O burdelach i pornosach Liroy wie wszystko. Kilka lat temu spędził wiele miesięcy na produkowaniu filmów pornograficznych. Zainwestował własne pieniądze w projekt. Z ekipą filmową i z żoną jeździli po całej Europie w poszukiwaniu najseksowniejszych modelek. Jego żona Joanna Krochmalska prowadziła kiedyś program telewizyjny o lekkim zabarwieniu erotycznym, pozowała do CKM i Playboya. Najlepsze i najbardziej wyzwolone aktorki znaleźli w Czechach. Tamtejsze dziewczyny lubią to, co robią. Nie mają żadnych zahamowań. Dbają o siebie, są wyemancypowane i piękne. Prosto z planu zdjęciowego idą na uniwersytet. I choć Liroy był obecny na wszystkich planach zdjęciowych, to jako aktor nie wystąpił w żadnej profesjonalnej produkcji (tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, że Liroy nagrał amatorski film porno ze swoją partnerką).

Z początku był podekscytowany nowym zajęciem. Realizował w ten sposób marzenie z okresu dojrzewania. Wtedy oglądał dużo pornosów; zawsze chciał wiedzieć jak wygląda produkcja takiego filmu. Po trzydziestce jego marzenia się spełniły. Doznał jednak rozczarowania. Ludzie z branży zrazili go do siebie. Po latach Liroy przyznaje, że kręcenie porno jest zajęciem smutnym. Dużo w tym oblechy. Przez pewien czas miał ochotę nakręcić mądry film dokumentalny na ten temat. Ostatecznie odpuścił.

Jako czterdziestolatek nadal ogląda porno ze swoją żoną. Najbardziej lubią klasykę, szczególnie filmy z lat 70. Przepadają za filmem „Głębokie gardło” z genialną rolą Lindy Lovelace. Natomiast polskie porno wydaje się im żenujące. „Jak oglądam polskie porno to kończę po dwudziestu minutach, ale ze śmiechu, nie z rozkoszy” – tłumaczy. Porno potrafi być dla niego inspiracją. Jeden z projektów muzycznych nazwał nawet Bukkake Warriors.

RODZINA PRZEDE WSZYSTKIM

Jest sobota, 5 listopada. Liroy wieczorem gra koncert w Ergo Arenie w Gdańsku. Gwiazdą wieczoru jest Illusion, zespół z lat. 90. Supportuje ich Tuff Enuff, grupa trash-metalowa. Liroy wychodzi zagrać z nimi jeden kawałek. Przed występem zawsze ma lekką tremę. Żona Joasia jest przy nim cały czas. Troszczy się o niego. Zamawia mu kolację i whisky. Jedzie do domu po ubrania na zmianę. Na prawym ramieniu na spory tatuaż: serce z napisem „Liroy”. Gdy on święcił triumfy rapując „Scyzoryka”, ona miała 17 lat. Słuchała Liroya, ale wtedy przez myśl jej nie przeszło, że kiedyś pozna go osobiście. Dziś mają ośmioletnią córeczkę Michelle, uzdolnioną muzycznie. To dla ojca ważne; wspomina, że muzyką zajął się bardzo wcześnie, już jako dziewięciolatek grał imprezy didżejskie na dyskotekach szkolnych. Piotr, Joanna i Michelle są szczęśliwą rodziną. Nigdy nie zgodzą się na to, aby dziennikarze weszli do ich domu. Ekipie „Machiny” również się to nie udaje.

Co byśmy tam zobaczyli? Białe złoto i diamenty? Niekoniecznie. Liroy jeździ obecnie Nissanem Almerą z porysowanym bokiem. Mówi, że nie dba o pieniądze. Dużo wydaje na podróże. Co roku z rodziną lata na Jamajkę. Joasia kocha dancehall, a on czuje się rastafarianinem. Muzyka nie jest jego głównym źródłem utrzymania. Ma swoje biznesy. Siedzi w branży informatycznej: sprzedaje aplikacje na iPady, tworzy strony, dba o sukces swoich klientów. Oprócz tego działa trochę w tekstyliach. Miał również dwa kluby nocne. Jeden z nich w USA, w Filadelfii. Do dziś można znaleźć na mapie lokal o nazwie Liroy's. Ale raper z Kielc nie jest już jego właścicielem. Sprzedał interes. Podkreśla, że jego finanse nie są zależne od sukcesów muzycznych. Nie musi tworzyć muzyki dla pieniędzy.

Godzina 19. Hala Ergo Areny jest olbrzymia. Na koncert przyszło jakieś 500 osób. Pod sceną zebrał się tłumek licealistów. Gdy wokalista Tuff Enuff zapowiada Liroya, przez chwilę na sali panuje cisza. Ktoś z tłumu krzyczy na całe gardło: Scyzoryk!!! Tłum ożywia się na wspomnienie hitu sprzed 16 lat. Potem wchodzi on. Ubrany cały na czarno, łysy, z megafonem. Megafon jest elementem show. Wściekle rapuje swoją zwrotkę. Krzyczy do publiki: „róbcie hałas! Chcę usłyszeć hałas! Hałas!” I ludzie rzeczywiście trochę pokrzykują. Ale szału nie ma. Wszystko wygląda nieco marnie: publika senna, przyjęcie Liroya mało energiczne. Ludzie siedzą na czerwonych krzesełkach. Z ciekawości spoglądają na scenę. Dawno nie widzieli Scyzoryka. Liroy schodzi na backstage. Znajomi klepią go po plecach. „Było zajebiście”, powtarzają. On sam też jest zadowolony, mówi mi: „Czuję moc! Czuję, że moja płyta w 2012 rozpierdoli!”.


Reklama - Chcesz zamówić?
Reklama - Chcesz zamówić?