R E K L A M A
Chcesz zamówić?

You need Flash player 8+ and JavaScript enabled to view this video.

Bezsensu, ale z certyfikatem

Czwartek, 08 grudnia|dodał: Redakcja|0

Zaraz po koncercie w Stodole pogadaliśmy z zielonogórskim zespołem – zdobywcą wyróżnienia w konkursie Scena Machiny. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że występ zrobił duże wrażenie nie tylko na publice, lecz również na menagemencie Myslovitz.

Czy to była największa publiczność przed jaką kiedykolwiek graliście?
Arek (gitarzysta): Tak. Graliśmy już na festiwalach na otwartym powietrzu, ale to coś innego. Gdy ludzie są skupieni w czterech ścianach, a ty i tak nie widzisz, gdzie kończy się publika, to jest to bardzo miłe uczucie. Tak naprawdę jedyne czego chcieliśmy to, aby nie obrzucono nas pomidorami.

Michał (perkusista):
Na szczęście nie wpuszczają tutaj z jedzeniem. (śmiech)

Krzysiek (wokalista, klawiszowiec): Trzeba powiedzieć, że publiczność była świetna. Nie spodziewałem się tak entuzjastycznej reakcji. Gdy widzisz tylu ludzi kiwających się w rytm twojej muzyki, to działa naprawdę motywująco.

Trochę szczęśliwie się chyba złożyło, że graliście właśnie przed Myslovitz. Wasza muzyka ma sporo punktów wspólnych…

Michał: Kiedyś grywaliśmy nawet ich kawałki, bo bardzo się utożsamialiśmy z tym, co robią. Później odbiliśmy w swoją stronę, ale to Myslovitz wciąż gdzieś w nas pozostało.

Stresowaliście się czy po takim napięciu jak Scena Machiny nauczyliście się już jak sobie z tym radzić?
Arek: Mówiąc szczerze, myślałem, że będę się mniej stresował.

Krzysiek: Co do konkursu, to gdy wysłaliśmy zgłoszenie do głowy, by nam nie przyszło, że możemy osiągnąć taki sukces. Jednak stopniowo w całą akcję angażowało się coraz więcej osób, okazało się, że pojawiają się kolejni przyjaciele zespołu, a informacja przechodzi z ust do ust… i nagle znaleźliśmy się w tym wielkim finale. Jak wiadomo tam zmieniły się zasady…

No właśnie, jak zareagowaliście na wieść, że zamiast dalszego głosowania odbędzie się przesłuchanie i o wszystkim zadecyduje werdykt jury?
Arek: Wiedzieliśmy, że nie mamy szans wygrać w głosowaniu. Po dwóch dniach mieliśmy ponad 300 głosów – co uważam za świetny wynik – jednak nie dogonilibyśmy już zespołów
z podium.

Michał: Dlatego, biorąc pod uwagę ostateczny wynik, jesteśmy bardzo zadowoleni, że te reguły się zmieniły.  

Krzysiek: Poza tym granie przed osobami, które się na tym znają to ważne doświadczenie. Dlatego nawet, jeśli nie wygralibyśmy tego konkursu, to cieszylibyśmy się, że mogliśmy się zaprezentować przed taką publicznością.

Arek: Dla nas to jest bezcenne, że daleko od domu, w Warszawie, jury pod przewodnictwem Piotra Metza dało nam taki certyfikat jakości. Do tej pory nie wiedzieliśmy czy to, że ludzie w Zielonej Górze nas lubią wynika z faktu, że jesteśmy miejscowi i dobrze nas znają, czy my po prostu dobrze gramy. Bardzo potrzebowaliśmy takiego wsparcia z zewnątrz. A że jest ono tak silne – to znaczy dla nas naprawdę dużo.

Występujecie już od dłuższego czasu czy to jest wreszcie ten moment, gdy pojawia się szansa na nagranie płyty?
Arek: Nasza historia jest trochę zwodnicza. W 2005 roku założyliśmy zespół, ale wtedy dopiero uczyliśmy się grać. W tym składzie pracujemy w zasadzie od półtora roku. Tak naprawdę to jest właśnie cezura, która wyznacza początek zespołu.

Michał: Jeśli zaś chodzi o płytę, to mamy materiał, który moglibyśmy nagrać. Zobaczymy czy się uda.

Wielu młodych twórców rezygnuje z pisania po polsku i wybiera angielski, który wybacza więcej. Wy obstajecie przy naszym języku – jak sobie z nim radzicie?
Krzysiek: Teksty pisze Arek, który czasem przynosi je w formie poszatkowanych zdań, które układamy w różne fajne rzeczy.

Arek: Staram się zachować tę pulę dla siebie. Staram się, aby moje teksty nie były podane zbyt dosłownie, żeby broniły się już papierze, jeszcze bez obecności muzyki. Krzysiek jest świetny w interpretacji moich słów i czasem potrafi dostrzec w nich rzeczy, o których nawet nie myślałem. Pracując razem wyciągamy z tych tekstów tyle, ile tylko się da.

Michał: Kiedyś graliśmy przed Tymonem Tymańskim i po koncercie ucięliśmy sobie małą pogawędkę. Powiedział wtedy fajną rzecz: "po chuj pisać piosenki w innym języku, skoro mamy własny, w którym można dowoli przebierać". Co prawda po paru latach sam nagrał płytę po angielsku, ale ja wciąż się tego trzymam. Zawsze lepiej jest napisać wymagający tekst niż kilka ładnie brzmiących słów.

Z drugiej strony, jeśli popatrzymy na artystów, którzy zrobili największą karierę to oni wszyscy śpiewają po polsku…
Arek: Jasne, bo jak ktoś chce posłuchać angielskiego to ma Beatlesów czy Franz Ferdinand. Sama muzyka nie wystarcza, żeby odnieść taki sukces – ludzie muszą się utożsamiać z tym, co mówisz.

Dziś gadamy po koncercie w jednym z największych, najbardziej prestiżowych miejsc
w Polsce – a jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym przyszło wam grać?

Michał: W tym sęk, że właśnie nie pamiętamy!

Arek: Najdziwniejszy, nie najmocniejszy!

Michał: Graliśmy na byłej fermie drobiu w Wałbrzychu. Koncert został zorganizowany w jeden wieczór: kilka telefonów, ktoś przywiózł generator, no i zagraliśmy w tych ruinach. Zresztą, świetnie się bawiliśmy.



rozmawiał: Jan Błaszczak

Dowiedz się więcej

Zobacz także

Reklama - Chcesz zamówić?
Reklama - Chcesz zamówić?